Miałam dziesięć lat, gdy co noc cierpliwie czekałam, aż za przeszklonymi drzwiami mojego pokoju zgaśnie światło.

Sięgałam po wyświechtany egzemplarz Harry'ego Pottera, przykrywałam się szczelnie kołdrą i jednym sprawnym ruchem otwierałam swój pierwszy telefon z klapką. Światło wyświetlacza służyło mi za latarkę. W ten sposób zaczynała się moja czytelnicza uczta.

Z namaszczeniem przewracałam kolejne strony powieści, a mój wzrok przesuwał się po przybrudzonych kartkach tak szybko, jak szybko jest w stanie czytać dziecko. Czasami marszczyłam w skupieniu czoło, gdy akcja nabierała tempa. Czasami uśmiechałam się sama do siebie, gdy za serce ściskali mnie bohaterowie. Zawsze miałam szeroko otwarte oczy, by nie stracić żadnego ze szczegółów, które wywoływały we mnie zaskakująco silne emocje.

Pamiętam, że pewnego razu pomyślałam: „Gdy dorosnę, będę pisać takie książki”. Nowa myśl oddziaływała na mnie tak mocno, że odłożyłam powieść na bok i zapatrzyłam się w ciemność.

Miałam dziesięć lat, gdy czułam, że pierwszy raz w życiu dokonałam ważnego wyboru.

 

Beztroskie czytanie książek po nocach spędzało sen z powiek mojej mamie, bo o ile lubiłam czytać i pisać, o tyle niespecjalnie zawracałam sobie głowę nauką przedmiotów ścisłych. Na lekcjach matematyki siedziałam z opuszczoną głową i po cichu liczyłam, że surowa nauczycielka nie wywoła mnie do tablicy.

Mama załamywała nade mną ręce, zastanawiając się, dlaczego jej rodzona córka jest tak oporna na mnożenie, skoro ona sama potrafiła liczyć jak komputer. Po szkole często czekałam, aż skończy pracę: siadałam na fotelu naprzeciwko biurka i przysłuchiwałam się głośnym rozmowom telefonicznym. Obserwowałam, jak żywo gestykuluje, wertuje dokumenty i wplata w rozmowę anegdotki z życia, zjednując sobie wszystkich klientów.

Była niezastąpiona w pracy i w domu, w którym musiała pełnić również rolę ojca. Codziennie zawoziła dwójkę małych dzieci do przedszkola i szkoły, nierzadko odśnieżając chwilę wcześniej podjazd do starej drewnianej szopy, która służyła nam za garaż. Potrafiła znaleźć rozwiązanie na wszystko, ucząc mnie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Gdy tata wracał, w domu wybuchało wielkie święto. Budziłam się rano i po cichutku przechodziłam obok kartonów ze słodyczami i płynami do prania. Spał zmęczony po długiej podróży, a ja spoglądałam nieśmiało na czuprynę siwych włosów i w środku podskakiwałam z radości, że znowu jesteśmy wszyscy razem.

Nigdy się nie poddawał, nawet gdy było mu bardzo ciężko. Przez długie miesiące dzieliły nas setki kilometrów, a wszystko po to, byśmy mogli żyć bez żadnych zmartwień. Patrzyłam na jego spracowane dłonie i gdzieś w środku mnie zaczynało kształtować się poczucie obowiązku.

 

Gdy miałam siedemnaście lat, coś się we mnie zmieniło – im starsza się stawałam, tym rzadziej żyłam swoimi wielkimi marzeniami. Naraz wydawały mi się one naiwne i niepraktyczne. Nie wierzyłam, że jest we mnie potencjał, nad którym warto pracować.

Zauważyłam jednak, że nie widzę dla siebie miejsca w świecie, w którym większość ludzi chodzi znanymi drogami. Otoczona przez aspirujących psychologów i prawników w małomiasteczkowym liceum, do którego chodziłam, pragnęłam być podobna do nich, ale nie potrafiłam wpasować siebie w żadne ramy.

 

Kiedy zbliżał się czas, by wybrać rozszerzenia maturalne, czytałam opisy humanistycznych kierunków studiów i czułam, że jestem tak samo nijaka jak one. W domu coraz częściej patrzyłam milcząco przed siebie, a takie zachowanie nie umknie czujnym oczom najważniejszej kobiety w moim życiu.

Jako mała dziewczynka uważnie obserwowałam rodziców, a im starsza byłam, tym mocniej zdawałam sobie sprawę, że uznałam ich podejście do życia za własne. Chciałam wierzyć, że będę kiedyś równie zaradna jak oni. To właśnie mama rzuciła mi pierwsze wyzwanie, które pomogło mi uwierzyć w siebie i tym samym nadało bieg mojej historii.

 

Nigdy nie czułam zainteresowania językiem niemieckim. Byłam jak większość dzieciaków w szkole: wolałam angielski, a lekcje niemieckiego postrzegałam jako jeszcze jeden warunek zdania do następnej klasy. Dlatego pewnego dnia, gdy mama poważnym tonem powiedziała, że jeśli chcę, mogę przeprowadzić się do taty do Niemiec i studiować tam, zamarłam na resztę długości naszego przystanku w McDonaldzie. Kawa, którą akurat razem piłyśmy, przestała mi smakować.

Irracjonalność jej propozycji uderzyła we mnie tak mocno, że zdołałam tylko wydukać: „Mamo, przecież ja nie znam niemieckiego”. Na co ona od razu zaczęła bombardować mnie pomysłami, dzięki którym miałam opanować go już w półtora roku. „Poradzisz sobie”, powiedziała na koniec, patrząc na mnie ze spokojem godnym buddyjskiego mnicha, a ja… jak zawsze jej uwierzyłam.

Mama zaraziła mnie swoją wizją odważnej dziewczyny, która może żyć wyjątkowym życiem, jeśli się o nie postara. Nie dokonała tego podczas jednej rozmowy przy kawie – wpajała mi to przekonanie przez całe życie, a gdy nadszedł czas, wskazała właściwy kierunek. Jakaś część mnie czekała z utęsknieniem na taką szansę. Jakaś część mnie nieśmiało szeptała, żeby spróbować.

 

Jeszcze przez pewien czas brzęczały mi w uszach słowa dyrektorki szkoły, gdy przepisywała mnie z rozszerzonego angielskiego na niemiecki: „Jeśli córka nie zda matury, bierze to pani na własną odpowiedzialność”. Szalony pomysł stał się faktem, a ja zaczęłam pokazywać się światu z zupełnie nowej strony.

Priorytetem stało się dla mnie siedzenie nad podręcznikami od niemieckiego. „Do niczego to niepodobne”, myślałam, zawzięcie ucząc się nowych słówek. Po szkole biegałam na korepetycje, gdzie rozwiązywałam zadania z gramatyki, słuchałam nagrań ze starego magnetofonu i starałam się odpowiadać na najprostsze pytania.

W ostatnie wakacje przed maturą spakowałam walizkę i wsiadłam z rodzicami do samochodu, którym pewnego lipcowego popołudnia pędziliśmy autostradą w głąb Niemiec. Kilka dni później, na trzęsących się nogach, pierwszy raz przeszłam przez próg szkoły językowej, do której zapisał mnie tata. Na kursie poznałam wielu inspirujących ludzi z różnych stron świata i w końcu przestałam się bać. Dziewięć miesięcy później szłam na egzaminy maturalne z głową uniesioną wysoko ku górze.

W tamtym czasie posmakowałam, jak ekscytujące może być moje życie. A wszystko za sprawą dwóch wyjątkowych osób, które dostrzegły we mnie coś więcej i motywowały do robienia rzeczy, które wychodzą daleko poza przeciętną wyobraźnię.

 
 
 

Po maturze w końcu uwierzyłam w siebie, choć nie trwało to długo. Ani się obejrzałam, już szłam ulicami ruchliwego Poznania jako świeżo upieczona studentka germanistyki. Euforia wywołana przyjęciem na dobrą uczelnię minęła; znów byłam jak czysta kartka papieru.

Historia i kultura. Literatura. Fonetyka. Praktyczna nauka języka. Uczestniczyłam w wymagających wykładach i ćwiczeniach i czułam, że to wszystko mnie przerasta. Gdy nie zdałam egzaminów w pierwszej sesji, dwie krwistoczerwone dwóje sprawiły, że w końcu zrozumiałam, jak się uczyć, żeby się nauczyć. Poprawiłam oceny i obiecałam sobie, że już nic nigdy nie wymknie mi się spod kontroli. Miesiąc później wracałam pociągiem do domu, dumna z siebie, nie mając pojęcia, że za kilka godzin to wszystko będzie już bez znaczenia.

 

24 marca 2016 roku wyjechałam autem na drogę obok mojego rodzinnego domu prosto pod koła rozpędzonego tira.

 

Tata przyjechał po mnie na dworzec. Gdy dotarliśmy do domu, przytuliłam na przywitanie mamę i z błyszczącymi oczami zadzwoniłam do swojego chłopaka, mówiąc mu, że zaraz u niego będę. Ostatnie, co pamiętam, to, że zamknęłam za sobą drzwi.

 

Z trudem uniosłam powieki, próbując zdefiniować obce kształty wokół siebie. Pod palcami czułam szorstkie prześcieradło, ale nie miałam siły, żeby nimi poruszać. W pomieszczeniu, w którym panował półmrok, stały pochylone nade mną dwie postacie. „Gdzie ja jestem?”, zapytałam, cały czas walcząc z wrażeniem, że to sen.

Podobno miałam wypadek. Podobno uderzył we mnie tir. Podobno przeciągnął mnie kilkadziesiąt metrów. Podobno. Podobno. Podobno. Nie uwierzyłabym w żadne z tych słów, gdybym nie leżała w metalowym łóżku z kołnierzem na szyi, patrząc się nieprzytomnie w sufit.

Dziś pierwsze świadome chwile po wypadku są dla mnie jak kompilacja najbardziej emocjonalnych scen z filmu. Ulga i strach, kiedy usłyszałam diagnozę. Spokojniejsze bicie serca, gdy upewniłam się, że nikomu innemu nie stała się krzywda. Przerażenie, które nie zdążyło zniknąć z twarzy moich bliskich, mimo starań, bym nie wpadła w panikę. Łagodne spojrzenie brązowych oczu i złożona szeptem obietnica, która pomogła mi uwierzyć, że jeszcze wszystko będzie dobrze.

Patrzyłam na innych pacjentów leżących ze mną na OIOM-ie i nie dowierzałam, że jestem jedną z osób, które potrzebują całodobowej opieki. Po kilku dniach zrobiłam pierwsze kroki, przesiadając się powoli z wózka inwalidzkiego na krzesełko pod prysznicem. Strużki ciepłej wody spływały po moim obolałym ciele, a ja, zamiast ulgi, czułam tylko ciężar pogłębiających się obaw. Zwątpiłam, czy jestem wystarczająco silna, by dopiero teraz prawdziwie zawalczyć o swoje życie.

 
 

Dwa i pół miesiąca później wróciłam do Poznania. Po drodze na uczelnię zawsze musiałam przejść przez bardzo długie pasy, przy których zielone światło paliło się tylko kilkanaście sekund. Starałam się przejść przez nie najszybciej, jak potrafię, a i tak zeszłam na czerwonym. Ręce bolały mnie od podpierania się o kule, które miały odciążać moją złamaną miednicę. Czułam na sobie naglące spojrzenia kierowców, słyszałam ich bębniące o kierownice palce i ze złości oczy zaszły mi łzami. Pomyślałam, że tak teraz będzie wyglądała moja rzeczywistość: będę wolniejsza, ale się nie poddam. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby przejść na drugą stronę.

 

Kiedy wyszłam ze szpitala, rektor zgodził się, żebym zdawała sesję letnią we wrześniu. Większość prowadzących przywitała mnie ciepło, dając mi do zrozumienia, że pozaliczam zaległości w swoim tempie. Większość, poza jedną z tych najbardziej wymagających. Ona postawiła mi warunek: żeby zostać dopuszczoną do najważniejszego egzaminu, przez resztę tygodni miałam przychodzić do niej na konsultacje i zaliczać dodatkowe wypowiedzi ustne. Na pierwszym roku przed taką perspektywą drżał każdy student.

Całkiem sama, w centrum ruchliwego Poznania, codziennie chodziłam o kulach na uczelnię, by nadrabiać zaległości i uczyć się nowych rzeczy. Przyzwyczaiłam się do bolących mnie rąk, na których opierałam cały ciężar ciała. Mimo powolnego tempa, z każdym dniem stawiałam coraz pewniejsze kroki. Zrobiłam się silniejsza.

Kiedy podchodziłam do egzaminów we wrześniu, czekałam przed salą razem z osobami z roku, które nie zdały części ustnej w czerwcu. Gdy usiadłam przed komisją i przeczytałam wylosowane pytanie, już wiedziałam, że odpowiem dobrze.

Mimo poważnego wypadku zdałam wszystkie egzaminy i dostałam się na drugi rok studiów.

 

Skupiona na celu, jakim było niestracenie pierwszego roku, nie analizowałam tego, co się wydarzyło. Jednak im więcej spędzonych w pustej kawalerce nocy, miesięcy, a później lat mijało, tym więcej ciężkich myśli odbijało się w mojej głowie. Półtora roku po wypadku natknęłam się na zdjęcia swojego zmiażdżonego samochodu i wtedy przeżyłam wstrząs. Coraz częściej zastanawiałam się, ile mam czasu i dokąd tak naprawdę zmierzam.

Myślałam o przyszłości i zastanawiały mnie moje własne myśli: „Właściwie, co mam do stracenia? Przecież na końcu i tak czeka mnie tylko śmierć”. Przyglądałam się innym ludziom, analizowałam ich zachowanie i słowa, i myślałam: „Czy nie woleliby robić tego, co ich uszczęśliwia?”. Zaczęłam pytać samą siebie, co uszczęśliwia mnie.

Na piątym roku słuchałam już tego, co mówiło mi serce, i pisałam swoją pracę magisterską o przekładzie literackim. W tamtym czasie na świecie wybuchła pandemia, więc ostatni semestr studiów spędziłam u rodziców na wsi.

Budzona co rano pianiem koguta, przeciągałam się z lubością i narzucałam ciepły polar na piżamę. Chwilę później szłam piaszczystą polną drogą i śmiałam się do swojego ukochanego psa, który podekscytowany porannym spacerem, biegał radośnie tuż obok mnie. Zatrzymywałam się na środku pola, rozkładałam szeroko ręce i zaciągałam się chłodnym powietrzem tak głęboko, że czułam je w koniuszkach palców.

Wieczorami siadałam przy biurku, otwierałam laptopa i pisałam do późna. W moich oczach odbijało się niebieskie światło ekranu, rozjaśnione iskrą podekscytowania. Przez ostatnie pół roku każdego dnia żyłam pasją do tego, co robiłam. Powiedziałam sobie, że to wcale nie jest koniec – że pewnego dnia tak będzie wyglądała moja codzienność.

 
 

Po studiach coraz mocniej kierowało mną przekonanie, dlaczego miałabym nie spełnić marzeń, skoro zmierzyłam się już z tyloma wyzwaniami w swoim życiu. Rok później potrzeba wolności zawładnęła mną całkowicie. Chcąc uciec z pracy na etacie, za niewielkie pieniądze, które zarabiałam, kupiłam roczny kurs copywritingu. Umiejętność sprzedaży miała utorować mi drogę do wewnętrznego spełnienia.

Kiedy jednak założyłam już własną działalność i chciałam opublikować swój pierwszy post autopromocyjny na Facebooku, nie potrafiłam sklecić zdania o sobie, które nie wydawałoby mi się sztuczne. Copywriterka w mojej głowie wiedziała, co napisać, by skłonić innych do zakupu. Moja wewnętrzna buntowniczka nie czuła się dobrze z perspektywą przekonywania innych ludzi, że jestem warta ich uwagi.

 

Chcąc pokazać prawdziwą siebie, zebrałam całą swoją odwagę i zrobiłam coś, z czym utożsamiałam się od dziecka.

 

Opowiedziałam innym historię.

 

O rozpędzonym tirze uderzającym w drzwi kierowcy. O niestrudzonym chodzeniu o kulach na uczelnię. O jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu, dzięki któremu zrozumiałam, jak bardzo ulotne jest wszystko wokół mnie. Dzięki któremu zrozumiałam, jak chciałabym, żeby wyglądało moje życie.

 

Następnego dnia zmieniło się wszystko. Ponad tysiąc osób polubiło opublikowany przeze mnie post. Moja skrzynka e-mail zapełniała się wiadomościami od ludzi, których poruszył mój manifest. Ci opowiadali mi swoje własne historie i prosili mnie o pomoc. Sami nie potrafili ubrać w słowa, dlaczego oni również zasługują na danie im szansy.

Czytałam ich wyznania i czułam, jak podekscytowanie wypełnia mnie niczym hel sflaczały balonik. Natychmiast zaczęłam malować w głowie inspirujące obrazy, które miałam opowiedzieć ich słowami. Ja już wiedziałam, że to najlepsze, co mogą zrobić.

 

Ale przecież żadna z tych osób nie szła moją drogą.

 

Nie każda z nich była gotowa głośno opowiedzieć, dlaczego codziennie rano wstaje z łóżka.

 

Czułam, jak zaczyna wzbierać we mnie nowa siła.

 

Czułam, że chcę robić dla nich to samo, co robili dla mnie rodzice, gdy byłam dzieckiem:

 

dodawać im wiary w siebie, żeby mieli odwagę pokazać się światu ze swojej najlepszej strony.

 

 

Marzenie o pisaniu książek towarzyszyło mi od dziecka, lecz przez wiele lat nie potrafiłam znaleźć racjonalnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak było. Dziś nareszcie ją znam – wiem, dlaczego tamtej nocy, pochłonięta przez opowieść, w pewnym momencie odłożyłam Harry’ego Pottera na bok i pozwoliłam, by niewinna myśl przywarła do mnie na całe życie.

Jako dorosła kobieta zrozumiałam, że będąc dzieckiem, wcale nie narodziło się we mnie marzenie o pisaniu. W tamtej chwili zawładnęło mną pragnienie robienia rzeczy, dzięki którym inni ludzie mogliby poczuć się tak samo jak ja. Natchnieni. Zainspirowani do granic możliwości. Gotowi udowodnić swoją wartość całemu światu.

Wierzę, że każdy człowiek ma swoją rolę do spełnienia, a każde wyzwanie, z którym przyszło mi się zmierzyć, pomogło mi odkryć, kim jestem i co chcę z tym zrobić. Dlatego nawet jeśli mogłabym cofnąć się w czasie, nie zmieniłabym kompletnie nic.

 

W języku niemieckim terminu „Glückspilz” używa się z myślą o osobach, które mają w życiu niesamowite szczęście. W dosłownym tłumaczeniu znaczy on tyle co „grzyb szczęścia”, a więc mało romantyczny obrazek. A jednak, słowo to widnieje na koszulkach, kubkach i innych gadżetach, chętnie używanych przez wszystkich szczęściarzy, którzy z jakichś powodów utożsamiają się z jego znaczeniem.

Jestem takim Glückspilzem. Miałam i wciąż mam w życiu dużo szczęścia, ponieważ otaczają mnie niezwykli ludzie, począwszy od moich ukochanych rodziców. Dzięki nim wierzę, że każdy człowiek zasługuje na przynajmniej jedną osobę w swoim życiu, która pomoże mu uwierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych.

 

Moc wiary w siebie jest o tyle niezwykła, że zmusza do działania, mimo naszego wewnętrznego oporu, z którym toczy nieustanną walkę. To ona sprawia, że w chwilach największego zwątpienia podnosimy się i wracamy do realizowania planu, o słuszności którego jesteśmy przekonani. Nie da się osiągać wielkich rzeczy bez konkretnego działania, jednak wierzę, że jeśli dążymy do czegoś, wkładając w to serce i ogrom pracy, spełnimy nasze najskrytsze marzenia.

 

Wreszcie, wierzę, że możemy spędzić życie, robiąc na co dzień to, co nas inspiruje i daje nam poczucie sensu. Wierzę, że każdy z nas ma przywilej przeżyć swoje życie w zgodzie z samym sobą – to, czy przeżyjemy je w ten sposób, zależy tylko od nas samych.

 

Przez dziesięć lat z całych sił walczyłam o to, co dla mnie najlepsze, by na końcu tej drogi odkryć, że największą radość sprawia mi pomaganie innym.

 

Dziś każdego dnia budzę się z myślą, że jeśli robimy coś dla innych, codziennie osiągamy rzeczy wielkie. To wiara, że mogę pomagać innym ludziom, każe mi codziennie rano wstawać z łóżka i walczyć o swoje marzenia.

 

Dodawać innym wiary w siebie, żeby mieli odwagę pokazać się światu ze swojej najlepszej strony.